Można śmiało powiedzieć, że to właśnie dzięki tej płycie A-Wax stał się rozpoznawalny w Bay Area. O jego debiucie - "Savage Timez" - słyszało niewiele osób. Na pewno nie skłamię, jeśli powiem, że znacznie przyczyniły się do tego znane gościnne wystąpienia - Jacka, Ridah, 3xKrazy, Black C, Messy Marv... Same znane postacie. Mniejsza o to. Grunt, że ten biały raper reprezentujący Pittsburg trochę wypłynął. Album ten znacznie różni się od jego debiutu. Zmieniło się właściwie prawie wszystko. A-Wax nie okazuje już tak mocno emocji, jego flow stał się odrobinę bardziej laidback'owy. Równocześnie zmianom uległa produkcja. Momentami słychać, że jest ona z wyższej półki niż poprzednio - sample są bogatsze, dźwięki bardziej dopracowane. Pracowali nad tym Mac Pacino, DJ Daryl, Vance, Fat Dave, GameFace, Roblo i Crazee Nutt. Ale obok tych ładnych podkładów usłyszymy również kilka niedorobionych. Objawiają się one kiepskimi bitami (pacnięcia) lub nieciekawymi brzmieniami w tle. Na szczęście przeważają tutaj te lepsze. Ja jednak nie potrafię docenić tej "droższej" produkcji, ponieważ podziemne podkłady również mają swój niepowtarzalny klimat; trudno powiedzieć, czy lepszy, czy gorszy. Na pewno muzyka nie jest o niebo lepsza, jest po prostu inna: spokojniejsza, czasami smutniejsza. Tym samym A-Wax porzucił typowy gangsta rap i zaczął robić taki-jest-świat rap. I wyszło mu to całkiem porządnie, choć nie będę ukrywał, iż bardziej podobało mi się "Savage Timez". Na niekorzyść albumu działa risajklowana zwrota Ridah i kiepskawa muza w kawałkach z Lil Ric'iem i Black C. Poza tym album jest przyzwoity i gdy już go zdejmę z półki, to słucham z przyjemnością, choć bez żadnych rewelacji.
|