NEWS ARCHIVES REVIEWS INTERVIEWS VIDEOS GUESTBOOK CONTACT
Top Picks





San Quinn & Loyal-T
Never Say Die
Heat Street Records (2010)
good good good good good


Recommended reviews
More recommended reviews

01. Heartless f. Rez
02. Never Say Die f. Young Gully
03. Pain f. Beezy & Ray The Nigga
04. World Of Mine f. Krypto
05. Last Time f. Rez
06. Standing Still
07. Shine
08. One Day At A Time
09. Pride And Joy - Sleepy Santino
10. Cry No More f. Rez
11. Dedicated f. YG & Baraka


English review

"Never Say Die" album was recorded by a quite surprising and thus far unheard duet made of two completely different Bay Area artists. The only thing that hosts have in common is the city they come from - San Francisco in the 415 area code, which should be definitely associated with one of them, a Fillmoe veteran - San Quinn. Loyal-T moved to the south and more attentive fans should recognize him as a South San Francisco (650) representative. There's no need to introduce the legendary SFC rapper and remind you how important he was to the history of rap. His younger companion was previously known as Sleepy Santino - this should ring a bell, as under this name he dropped two homeboy type of albums (including one with strong gangbanging lyrics) back in 2003 and 2005. Later Sleepy occasionally appeared as a guest on other people's cds, including Deep Sleep and Evil Side record labels' projects. Finally, after a 5-year long hiatus, he comes back with a collaboration album with the mentioned star.

First of all I'd like to emphasize the fact that the reviewed project is a fully official and professionally recorded cd brought to life in Infinite Studios, which was also said by Loyal-T in the interview we conducted with him in the end of 2010 (read the article). Truth is it is very common nowadays that artists swoop verses via emails and not even meet in person, or what's even worse they simply jack already heard lines and use them again and again; so that's why I mentioned the real studio sessions. On the other hand we're aware that Quinn's name is a strong asset itself and there's only one verse from him on each song, while on #9 he didn't perform at all. What is more, the album was released under Heat Street Records and not, as some of you could expect, under Done Deal (now Deal Done), which could be the reason for not having a greater exposure. Truth is, it's indeed a very slept on cd, while instead it should get into ears of most northern Cali rap fans. I'm not saying that because of the Fillmoe's vet name on it, as you should already know that we can easily criticize well known rappers too. The reviewed album is worth listening first and foremost due to its professional sound, melodic tunes and mature lyrics. Most of the rap projects from contemporary scene include at least one track dedicated to money, being super fresh and getting ladies at the functions, while the reviewed 11-song deep album features an unusually grown up content. Both San Quinn and Loyal-T tell about their life experiences in a deep and thought-provoking way. Listeners receive a set of interesting cuts concerning past and present hard times, surviving in the streets, love between son and mother or pursuing life goals.

The serious or even sometimes melancholic lyrics are accompanied by a perfectly suited musical background. Four beats were delivered by Sic Sense, another three were brought by XL Middleton; Steve Vicious made two more, while Vince V. and Sho-Down showed off each on one track. The producers quintet performed really well as they marveled me with polished melodies which perfectly fitted the vocals. "Never Say Die" is mainly filled with calm and soft tunes full of pipes and piano samples. The only heavier tracks, still kept in a slower mode, would be "Heartless", the title song and "World Of Mine". During the whole album I haven't noticed any production letdowns, yet it also depends whether you feel such delicate sounds; I personally for example find "One Day At a Time" too lively and joyful.

The presented cd owes its delicacy and sophistication not only to the beats, but also the choruses performed by gifted RnB artists. The leading singer was even mentioned on the front cover, as it says "co-starring Mike Marshall". This well known gentleman delivered 5 melodious hooks. Except for Mike Meezy you'll hear Donte Robinson and Bo Roc on 4 other songs, both of them equipped with nice voices as well as talents. Finally, speaking of the hosts it really depends on your tastes and likings. Some of you will be definitely grateful for another set of San Quinn's verses, while others will find joy in Loyal-T's charismatic flow and high-pitched voice. Nevertheless all die-hard homeboy fans must be aware that they won't hear Sleepy Santino's old style, the one he presented on his debut. He calmed his flow even more than he did on "Northern Lifestyle"; same with the lyrics, which I described earlier in this article. So how do these two fit one another? Well, they say that opposites attract, which in my opinion is definitely confirmed by the reviewed duet. Artists' dissimilarities give the project a solid dose of freshness, which couldn't be achieved without producers and RnB vocalists. If you're seeking soft vibes, polished beats and not dummy topics you can surely go and cop this cd.

Attention: Although the project was pressed on the fine looking cd the last track features irritating clicks, typical for burned CD-Rs.

Loyal-T, thanks for sending cds for the review.

Polish review

Album "Never Say Die" został nagrany przez mocno zaskakujący i dotychczas niespotykany duet kompletnie różnych postaci zatokowej sceny. Jedyne co łączy gospodarzy to miasto, z którego pochodzą - San Francisco w okręgu 415, po dziś zresztą bezbłędnie kojarzone z jednym z nich, gwiazdą i weteranem Fillmoe - San Quinnem. Loyal-T przeniósł się zaś nieco na południe i co uważniejsi słuchacze rapu powinni wiedzieć, że reprezentuje South San Francisco w okręgu 650. Legendy SFC nie muszę chyba przedstawiać ani przypominać, ileż to jego zasług widnieje na kartach gatunku muzyki z ostatnich dwóch dekad. Jego młodszy kolega po fachu wcześniej występował pod ksywą Sleepy Santino, a tę z kolei należy wiązać z tzw. homeboy rapem, gdyż w latach 2003-2005 wydał dwie płyty tej kategorii, w tym jedną mocno gangsterską. Później sporadycznie pojawiał się gościnnie na krążkach, w tym na projektach wytwórni Deep Sleep i Evil Side, aby w końcu po 5-letniej przerwie powrócić w towarzystwie wspomnianej znakomitości.

Na wstępie pragnę podkreślić, że omawiany album to w pełni oficjalny i fachowy duet, gdyż został w całości nagrany wspólnymi siłami w Infinite Studios, o czym zresztą możecie się dowiedzieć w wywiadzie przeprowadzonym z Loyal-T przez ekipę BayUndaground pod koniec 2010 roku (czytaj artykuł). Wspominam o tym fakcie nie bez powodu, ponieważ w dzisiejszych czasach popularne jest przesyłanie sobie zwrotek drogą elektroniczną lub zwyczajne złodziejstwo czy risajklerstwo (powtórne wykorzystywanie użytej już zwrotki). Z drugiej strony prawda też taka, że San Quinn najwięcej tu działał własnym imieniem, gdyż w każdej piosence zaszczycił nas tylko jedną zwrotką, a w numerze 9. nie pojawił się w ogóle. Co więcej, album wydała wytwórnia Heat Street Records, a nie jak można by się spodziewać Done Deal (obecnie Deal Done) i z tego też powodu nie była mocno nagłośniona. Właściwie to przeszła bez większego echa, nad czym bardzo ubolewam, ponieważ powinna dotrzeć do większości fanów rapu z północnej Kalifornii. Nie mówię tak tylko ze względu na nietykalne imię reprezentanta Fillmoe, bo znakomicie zdajecie sobie sprawę, że równie fachowo potrafimy obsmarować weteranów i największe sławy. Recenzowany album jest wart przesłuchania - ba, nawet kupna! - przede wszystkim ze względu na profesjonalizm brzmienia, melodyjność i dojrzałość liryczną. Większość współczesnych rap projektów zawiera co najmniej jeden utwór poświęcony forsie, byciu superfajnym czy podrywaniu lasek na imprezie. A tu proszę - 11 piosenek o rzadko spotykanej, dojrzałej zawartości merytorycznej. San Quinn i Loyal-T, podejrzewam że nawet bardziej pod dyktando tego drugiego, w przemyślany i głęboki sposób opowiadają o życiu. Słuchacze otrzymają zestaw ciekawych utworów między innymi poruszających tematy przeszłości, ciężkich czasów, przetrwania, miłości syna do matki, dążenia i realizowania własnych celów czy wspominania zmarłych.

Poważnej, a nawet nieco melancholijnej treści towarzyszy znakomicie dopasowana atmosfera muzyczna. Przy podkładach najwięcej majstrował Sic Sense z czterema bitami za pasem. Poza tym komponowali tu XL Middleton i Steve Vicious, odpowiednio z 3 i 2 produkcjami, a także Vince V. i Sho-Down, którym dostało się po rodzynku. Kwintet beatmakerów spisał się naprawdę wyjątkowo dobrze i zachwycił mnie dopracowanymi melodiami, genialnie pasującymi do wokalu. "Never Say Die" to głównie spokojne i stonowane nuty, gdzie lekkie piszczałki i sample pianina zagrały pierwsze skrzypce. Do nieco cięższych utworów, choć nadal pozostających w wolniejszych tonacjach, można zaliczyć "Heartless", tytułowy kawałek oraz "World Of Mine". Przez całą płytę nie zanotowałem spadku producenckiej formy, ale kwestią gustu pozostaje, czy spodobają wam się te lekkie klimaty, gdyż przykładowo "One Day At A Time" dla mnie osobiście zahacza już o zbytnią beztroskę.

Omawiana płyta zawdzięcza swoją finezyjność nie tylko stworzonym podkładom, ale również towarzyszącym prawie przez cały czas refrenom w wykonaniu artystów RnB. Zresztą czołowego śpiewaka wymieniono nawet na okładce, dopisując drobną czcionką "co-starring Mike Marshall". Ten właśnie znany i legendarny w swoim fachu człowiek dostarczył aż 5 pięknych refrenów. Obok niego wystąpili równie świetni Donte Robinson i Bo Roc, którzy zaszczycili nas w sumie w 4 piosenkach. Co do samych gospodarzy to kwestie wokalne tak naprawdę zależą od waszych upodobań i gustów. Dla jednych gratką będzie usłyszeć po raz wtóry głos San Quinna, a innych ucieszy młodzieńczy i charyzmatyczny Loyal-T. Muszę jednak podkreślić, że zagorzali fani homeboy rapu, którzy spodziewali się powtórki z pierwszej płyty Sleepy Santino, muszą wiedzieć, że raper stłumił kompletnie swoje gangsterskie upodobania, przez co jego flow znacznie trafniej można odnieść do "Northern Lifestyle", a o nieinwazyjnych tekstach napisałem wyżej w niniejszym artykule. Jak tych dwóch pasuje do siebie? Powiadają, że przeciwieństwa się przyciągają, co według mnie omawiany projekt akurat potwierdza. Odmienność każdego z artystów nadaje recenzowanemu krążkowi świeżości, którą podtrzymują istotni współtwórcy: producenci i wykonawcy RnB. Szukający spokojnych melodii, niegłupich tematów i dopracowanej muzyki mogą śmiało zaopatrzyć się w tę pozycję.

Uwaga: Pomimo wytłoczenia płyty na porządnym krążku pod koniec (ostatnia piosenka) albumu słyszę irytujące trzaski, charakterystyczne dla wypalania projektów na formacie CD-R.

Loyal-T, dzięki za podesłanie płyt do recenzji.


Written by: lethaface
Name:
Comment:
Comments (0):
Sorry, no comments yet.

Made by KhameNei & LethaFace
All rights reserved. Nothing may be used without our permission.