NEWS ARCHIVES REVIEWS INTERVIEWS VIDEOS GUESTBOOK CONTACT
Top Picks





San Quinn
The Fillmore Lion
Done Deal (2015)
good good good good good


Recommended reviews

01. The Fillmore Lion
02. Feelin Like I Made It
03. Westside f. Galaxy Atoms & Tokyo Marlow
04. Mobbed Out f. Hollywood & Tradez
05. Stay Solid
06. Keep A Secret f. Cheats
07. More To Do
08. Vicious f. Galaxy Atoms, B-Dub & Gunna
09. Pour A Drink f. Ralph Sleeze
10. You Know What It Is f. Doc Dolla & Bailey
11. Order Up f. AOne


English review

If I were to name top 10 most known and recognizable Bay Area rap artists, San Quinn would surely make the list. This Fillmoe, San Francisco representative doesn't have to be introduced and you probably have heard at least about some of his projects, because he's got a huge discography under his belt. Except for that, back in 1998, when San Quinn was only 21 years old, he was featured in the Guinness Book of World Records for appearing on the most albums (apparently 350 projects); plus the record was only related to bar-coded albums sold through stores. Today Quincy - as almost a 40-year old rapper - is still dropping new material and only in the last 5 years he released around 18 albums, including solo projects and collaboration material with Berner, The Jacka, Hoodstarz or E.Klips Da Hustla. The last cd done in 2015 by this Bay Area veteran is the hereby "Fillmore Lion".

If you've ever had a chance to read some of my older reviews, you might remember I complained about albums that had few tracks; best if the music lasted as long as the CD can handle - for 80 minutes. Well, I still think so, however back in the days it was quality over quantity, so you might have waited a year or two for your favorite rap artist to drop a new album, but when it finally dropped it was most likely pretty good. The contemporary state of Northern California rap scene has verified my attitude towards long track listings. I have recently seen numerous cds filled with 20+ songs, which appeared to include recycled tracks, remixes and shitty hits. "The Fillmore Lion" is one of the albums with a balanced number of titles; with no skits, interludes or any other kind of redundant inserts. What you'll get is a set of 11 songs that present various styles. The variety refers first and foremost to music and melodies, because the host is consequently (since I can remember) delivering the same, constant flow. One thing is sure - if you're a San Quinn fan you should definitely purchase this project. On the other hand, if you've never enjoyed his verses, there's still much for you to check out on "The Fillmore Lion", for instance a solid production. Hopefully it hasn't soaked (that much) with modern trends and motives (maybe except for the autotune / Lil Wayne type of chorus on "You Know What It Is"), but at the same time it sounds fresh and - what's even more important - unique and original. We should thank one man for all the beats - Traxx; he did a great job on almost every song, maybe except for one or two ("Westside" and "Pour A Drink" could have featured more distinct bass lines). The remaining tracks present a solid and equal quality; plus everyone should find something noteworthy in here, because there is everything for everyone: a little bit of braggadocio (the title anthem, #3, #4), something about being optimistic ("More To Do"), something about being yourself and being genuine ("Stay Solid"), about real women ("You Know What It Is") and the most hated ones - snitches ("Keep A Secret"). Coming back to the production, I must say that if it wasn't for credits I wouldn't believe that all the beats were done by the same hands, due to their diversity. You'll hear vivid and club type anthems (#2, #3, #8), softer and melodious tunes (#5, #7, #9) as well as heavier vibes (#6, but also #1 and #11). There's also a nice line-up of guests: except for Lil Quinn (Galaxy Atoms with two quite interesting hooks), you'll hear a brilliant verse from Cheats, solid lines from B-Dub (of C.I.N.), nice rhymes from Tokyo Marlow and many more. I must admit I'm really amazed with the fact that San Quinn is not only just holding the microphone after being on stage for over two decades, but also still delivers decent Frisco rap music. I recommend this one to both elder and younger generation. Let the rookies learn from the best!

Props to Quincy for sending out copies to BayUndaground staff.



Polish review

Gdybym miał podać dziesiątkę najbardziej znanych i rozpoznawalnych figur rapowych z Bay Area, to San Quinn z pewnością znalazłby się pośród nich. Tego reprezentanta dzielnicy Fillmoe w San Francisco naprawdę nie trzeba przedstawiać i przytaczać wszystkich jego projektów; swoją drogą jest ich naprawdę sporo. Przy okazji wspomnę jako ciekawostkę, że w 98 San Quinn (wtedy miał 21 lat) pojawił się w Księdze Rekordów Guinnessa jako artysta rapowy, który wystąpił na największej liczbie albumów (podobno 350). Jak sam Quincy mówi, wtedy nie było mixtape'ów i liczyły się tylko oficjalne projekty z kodem kreskowym. Dodam jeszcze, że Quinn jako prawie 40-letni artysta nie przestaje nagrywać i wydawać muzyki, ponieważ tylko w ciągu ostatnich pięciu lat wypuścił na rynek około 18 albumów, w tym m.in. solówki i kolaboracyjne projekty z takimi artystami jak Berner, The Jacka, Hoodstarz czy E.Klips Da Hustla. Ostatnim krążkiem 2015 roku zmontowanym przez weterana znad Zatoki jest niniejsze "The Fillmore Lion".

Jeśli mieliście okazję przeczytać jakąś moją starszą recenzję, to być może pamiętacie, że narzekałem niegdyś na znikome liczby piosenek na płytach; najlepiej jakby krążek był zapakowany po brzegi i trwał tyle co matka natura dała - 80 minut. No tak, tyle że kiedyś - po pierwsze - muzyki tworzono znacznie mniej i nie było wszędobylskich darmowych mixtape'ów, a - po drugie - muzyka sama w sobie była po prostu lepsza. Stąd obecna kondycja północno-kalifornijskiego rapu zmusiła mnie (już jakiś czas temu) to zweryfikowania powyższego podejścia. Niestety bardzo często zdarzyło mi się ostatnio chwycić za materiał ponad 20-piosenkowy, gdzie wymieniałem risajkle, buble i inne niepotrzebne utwory. Tym samym właśnie "The Fillmore Lion" zawiera dokładnie wyważoną liczbę piosenek, a co więcej, nie przyprawiono go zbędnymi skitami czy remiksami. 11 utworów prezentuje solidną porcję dość zróżnicowanej twórczości Quinna. Zróżnicowanej pod kątem melodii i rytmów, bo sam gospodarz, mam wrażanie, od lat nic a nic się nie zmienia. Tak więc jedna rzecz jest pewna - jeśli jesteście fanami flowu San Quinna, dość wyrafinowanego, jednostajnego w barwie głosu, ale kolorowego pod względem zmian rytmiczności, to z pewnością powinniście chwycić po ten krążek. Tym bardziej, że - tu zaleta dla tych, którzy nie przekonali się jeszcze do talentu weterana - produkcja stoi na wysokim poziomie. Na szczęście aż tak bardzo nie przesiąknęła ona nowoczesnymi naleciałościami i trendami (może poza Lil Wayne'owym autotunem w "You Know What It Is"), ale jednocześnie brzmi świeżo i, co ważne, oryginalnie. Tutaj spory ukłon należy złożyć Traxxowi odpowiedzialnemu za wszystkie podkłady, pośród których może jeden czy dwa (np. w "Westside" czy "Pour A Drink") mnie nie zachwyciły, natomiast gruba większość prezentuje solidny i równy poziom. Powiedzenie "każdy znajdzie tu coś dla siebie" chyba dość dobrze powinno oddać klimat na "The Fillmore Lion", ponieważ obok typowo reprezentatywnych kawałków w stylu bragadoccio (tytułowy utwór, #3, #4), usłyszycie o nieco bardziej optymistycznym spojrzeniu na świat ("More To Do"), coś o byciu sobą i byciu autentycznym ("Stay Solid"), o prawdziwych kobietach ("You Know What It Is") czy o znienawidzonych gadatliwych szczurach ("Keep A Secret"). O dziwo fakt, że bity wyszły spod ręki jednego rzemieślnika nie przekreślił szansy na wielobarwność muzyczną tego projektu, dostajemy bowiem skoczne, z lekka imprezowe wibracje (#2, #3, #8), spokojniejsze i melodyjne nuty (#5, #7, #9) i mocniejsze, bardziej uliczne brzmienia (przede wszystkim #6, ale i #1, #11). Warto jeszcze wspomnieć, że świetnie zaprezentowali się zaproszeni goście, bo oprócz syna gospodarza (Galaxy Atoms z dwoma ciekawymi refrenami), na uwagę zasługuje Cheats z fantastyczną, na poły hiszpańską zwrotką, ale także B-Dub - za solidne wersy oraz Tokyo Marlow - za ciekawe rymy. Aż sam się dziwię, że raper, który debiutował przeszło dwie dekady temu, nie dość że nie złożył broni (mikrofonu), to - jak się okazuje - jego talent raperski ma się znakomicie. Polecam nie tylko starszym fanom Quinna, ale i młodzieży. Niech podziwiają, jak weteran uciera nosa niejednemu żółtodziobowi.

Podziękowania dla San Quinna za podesłanie krążków do recenzji.


Written by: lethaface
Name:
Comment:
Comments (3):
By TJ on 23 January 2016
Not a hater, ale nudniejszej produkcji Quincy już nie mógł sobie wybrać...
By warren on 23 January 2016
Cieszy fakt że weterani nadal trzymają poziom i potrafią wydać bardzo dobre projekty... Black C, C-bo, B-legit, Mac Mall...
By Marekk on 22 January 2016
San Quinn od lat na propsie

Made by KhameNei & LethaFace
All rights reserved. Nothing may be used without our permission.