|
Można by pomyśleć, że rapowy obóz z Oakland, któremu przewodzi J Stalin, pracuje w ścisłych szeregach. Większość płyt spod szyldu Livewire Records gościło dziesiątki artystów, z czego praktycznie wszyscy powiązani byli z wytwórnią. Dość wyjątkowo pod tym względem prezentuje się duet dwóch raperów z O-Town - Philthy Richa i Stevie Joe'a. "Phithy Fresh" to mixtape wydany we wspomnianej stajni, na którym rzucają się w oczy największe gwiazdy z północnej Kalifornii: E-40, Keak Da Sneak, Big Rich, Marvaless czy Kaz Kyzah z The Teamu.
Tytułowy duet jest już wam z pewnością znany, gdyż do roku 2008 każdemu z jego członków udało się wydać jakiś solowy projekt, nie wspominając o ich gościnnych występach, których było naprawdę sporo. Można by się obawiać faktu, że kariera rapowa zarówno dla jednego jak i drugiego artysty rozpoczęła się dość późno, bo mniej więcej w drugiej połowie pierwszej dekady nowego tysiąclecia. Uspokoję was jednak, bo panowie świetnie sobie radzą na mikrofonie, a ich krótki bo krótki, ale intensywny staż dodał im pewności siebie i swobody. Philthy jak zwykle nawala bardzo lekko i swobodnie, wyrzuca rym za rymem jakby od niechcenia. Jego głos nie przypomina żadnego mi dotąd znanego, a charakteryzuje go miejscami młodzieńcza nuta czy delikatne naleciałości pimpa. Chłopak lubi podkreślać rymy i czasem zapętli końcówkę wersu, powtarzając słowo czy dwa w formie echa. Ciekawe to, bo i oryginalne; choć dla niektórych może wydać się irytujące. Stevie może nie jest tak znany jak jego kompan, ale radzi sobie naprawdę nieźle. Poza poprawnością techniczną emcee odznacza się dziwnym, ale ciekawym głosem i specyficznym sposobem rapowania. Zazwyczaj jego wersy spływają na mikrofon w dość leniwym tempie, ale za to nierzadko przybierają emocjonalną postać. Mam na myśli to, że facet dysponuje groźnie brzmiącym i głębokim głosem, który lubi modulować, np. uwypuklając rymy, dodając im wyrazistości. Razem artyści tworzą naprawdę zgrany duet, którego słucha się z przyjemnością; choć przyznam, że trzeba lubić taki laidbackowo-zlewający flow.
Niestety ich talenty wokalne przysłoniło sporo wad projektu jako całości. Przede wszystkim w przypadku "Philthy Fresh" dało się we znaki wykorzystanie przepisu mixtape'owego. Artyści zawsze lepiej prezentują się na tle nowych, oryginalnych podkładów, a tu niestety łatwo rozpoznać zapożyczoną produkcję. Słychać też wyraźnie, że kawałki zostały nagrane w pośpiechu. Zresztą nie dziwota, bo Livewire w owym czasie (w tym również ten duet) wydało naprawdę niewiarygodnie dużo materiału. Zazwyczaj jest tak, że gospodarze mają po jednej zwrotce, a trzecią obejmuje gość; jak go nie ma, to dostajemy po prostu dwie. Jeśli chodzi o czas trwania utworów, to nie jest tak źle jak na rasowy mixtape - raptem 5 piosenek trwa poniżej 3 minut. Niestety większość utworów zdaje się nie mieć głębi lirycznej i tak naprawdę docierają do nas tylko sam flow i skradziona produkcja. Nie chcę się powtarzać, ale któryś już raz w recenzji rapowego projektu muszę wymienić standardowo poruszane tematy, czyli również w tym przypadku narkotyki (dealerka i ich zażywanie), seks i kobiety, bycie fly, czyli zajebistym, i reprezentowanie Oakland. Oznak mixtape'owości nie zauważymy jednak w samej formie wydania płyty, gdyż ta została wypalona na zwykłym, normalnym krążku, wrzucona do grubego pudełka, w którym znajdziemy nawet 2-członową rozkładankę. Sami najlepiej wiecie, że dobry kunszt artystów nie wystarczy. Warto popracować nad tekstami i zafundować oryginalne podkłady. Nie mam wątpliwości, że Philthy Rich i Stevie Joe to utalentowani raperzy, których sam słucham z przyjemnością. Powinni jednak spędzać więcej czasu nad wydawaniem płyt, a nie stawiać jedynie na ilość.
Written by: lethaface
|