|
Nie ma co ukrywać, że Messy Marv aspiruje do miana rapowego rekordzisty Bay Area pod względem liczby wydanych projektów. Swojej kariery nie zaczął jakoś wyjątkowo szybko, bo raptem w 96 roku, ale do czasu wydania omawianej płyty, czyli w niespełna dekadę, udało mu się nagrać 13 solowych projektów, ponad 10 grupowych (m.in. z San Quinnem, I-Rocciem, Gucem, Mitchy Slickiem czy PSD i Keak Da Sneakiem), a także kilka kompilacji. Reprezentant Fillmoe postanowił poszerzyć swoje koneksje i wpływy poza obszar Kalifornii, popełniając kolaboracyjny krążek z raperem z Shraveport w Louisianie - Princem Bugsym.
O Messie zapewne wiecie sporo, znacie go z niejednego albumu i macie wyrobione własne zdanie na temat jego muzyki. Ten drugi zaś, Prince Bugsy, to młody stażem artysta, z typową południową nutą w głosie (a la Trae czy Paul Wall). Facet ma dość niski, niezbyt ciekawy głos i mało rytmiczny flow, co nie stawia go w najlepszym świetle. Właściwie to nie wniósł tu nic szczególnego, choć nie wiem, czy moje podejście nie jest wypaczone faktem, że chłopak nie pochodzi z Kalifornii. Mniejsza o Prince'a, bo nie on jeden spowodował, że projekt nie klasyfikuje się w gronie specjałów. Nie powiem, żeby Messy Marv wypadł gorzej, bo rapuje tak jak zawsze, czyli z lekką nonszalancją i chrypą w głosie. Osobiście po prostu nie przepadam za nim; ot, znany emcee z Fillmore. "Guerrilla Red" nie urzekł mnie zatem pod względem wokalnym, a i ze strony przekazu i treści lirycznych nie było szału. Wystarczy spojrzeć na tytuły, by przekonać się, że panowie nie pokwapili się o wyszukane historie i dostarczają nam mało zobowiązującą tematykę ("My Swag", "Make A Million", "Get This Money" czy "The Money All Mine"). Honor albumu mogli uratować producenci, ale ci także nie wykazali się wielkim talentem. Pojawiło się kilka melodyjnych podkładów od AD Future, ale pozostałe od Sean T, BOF Productions i Don O nie grzeszą oryginalnością. Co więcej, mam wrażenie, że miejscami muzyce brakuje lepszego doszlifowania pod względem masteringu. Nie chcę powiedzieć, iż album jest beznadziejny, bo nie ma tu totalnych gniotów, ale z przeciętnością nie mógł się rozstać ani na moment. Na pewno nie należy to do szczytów możliwości Messy Marva, a tym bardziej dla Prince Bugsy'ego nie było to udane przedsięwzięcie.
Written by: lethaface
|