NEWS ARCHIVES REVIEWS INTERVIEWS VIDEOS GUESTBOOK CONTACT
Top Picks





Big Chill
Chill Pill
B.C Ent (2010)
good good good half good



01. Intro (skit)
02. Wiggle
03. Crazy Bytch
04. West Coast Retro
05. Imagination
06. W209 (skit)
07. It Iz Chill
08. I Wont Do It
09. Calling Me
10. Murderers Row
11. Ohh Chill
12. House Party
13. Luv 4 Me
14. Take A Look
15. Making Of Chill Pill (skit)


English review

Big Chill is probably the most active Modesto - 209 area code - representative nowadays. Unfortunately currently not too many artists from this town are deep in the rap game. Truth be told, there were people like Twamp Nina, BG Evil, Pain or even Unknown, but they somehow went off the radar. Meanwhile, Big Chill continuously records new material for the last couple of years. It's a pity he doesn't officially releases it though, simply lets it be downloaded or purchased via Internet. That's how you could grab such projects as "Valleyfornia", "Duce O Nine", "2009", "Robot Chicken" or "Valleys Most Wanted". Because I'm not interested in digital recordings, I haven't paid much attention to his endeavors. Well, I once downloaded probably "Valleyfornia", concluded that it was good and that I would get in hold of it once Chill invests in pressing. The year of 2010 brings yet another solo entitled "Chill Pill", which fortunately (at last!) can be also bought as a physical copy.

The hereby album starts off with a patient talking to a doctor. The sick person complains about modern music, that makes his stomach hurt and his ears bleed. Dr. Chill responds that he'd already had such cases, you only need to take his pill and the pain will be gone. He obviously means the currently reviewed solo - this is a remedy for all evil caused by popular rap sub-genres. And this admittedly is a great alternative for all various hyphy movements that are meant purely for a carefree entertainment. Don't take me wrong, there's also lots of entertainment out here, yet in a way different, rather old school style. I don't want to sound like an elderly nerd either, who only talks how good rap once used to be, "they don't make it like that anymore". However truth is that older fans as well as 90's admirers will feel in "Chill Pill's" presence like in their family homes after a long absence. It is supposedly 2010, but this Modesto representative records his material as if it still were 1995. Included music has completely no elements that would at least hint that it was created in the new millennium. Therefore be prepared for classic, traditional vibes ranging 15 years back, when g-funk with its positive, melodious vibrations reigned on the West Coast. The entire production was handled by Big Chill himself and I need to admit that he did hell of a job - it is really nice and paradoxically serves as a breath of fresh air. However on the other hand a couple of tracks could have a bit richer musical setting; I sometimes feel that the rapper deliberately ties his hands. For instance "Calling Me" or "Take A Look" are characterized by splendid, distinct and varied music; I wish there were more of such. Yet please don't take me wrong, even though the production is not perfect, it definitely has a lot to offer, plus it features a certain feel to it and it does matter. You won't find any half-baked, quickly patched together synth twangs, instead some smooth, mesmerizing melodies. Nevertheless I'm pretty sure that they won't be appreciated by the new generation of young fans, who were raised on completely different beats.

As far as Big Chill's vocal capabilities are concerned, I need to admit he's doing at least good. He normally maintains a slow or medium pace and without showcasing additional emotions smoothly and steadily follows the rhythm, leaving behind balanced, decent verses. About 3 times you'll hear faster tempos - "Wiggle", "West Coast Retro" and "Murderers Row" - that's when the artist resembles E-40 from back in the days. However more often than not you are accompanied by laidback melodies that feature numerous lyrics about women and problems connected with relationships. "Crazy Bytch", "I Wont Do It" and "Calling Me" show different aspects of romantic affairs - once a loony chick stalks Chill, the other time he doesn't want to hang with a girl who already has a man or finally he's the one who keeps on calling a woman, but she won't stop ignoring him. What is more, you'll receive a melancholic cut about dreams ("Imagination"), a little something about life ("Take A Look", "Ohh Chill"), but there's also a dose of party vibes. Don't mistake them for some TV, club-type slappers though, as songs like "It Iz Chill" or "House Party" are more similar to old school "Hot Sunny Day" by Celly Cel. It's a pity that Big Chill didn't decide to bring better rhymes. Only occasionally will you hear an interesting word play or a memorable punch line. They would definitely add more charisma and variety to his bars. I'm really fond of the hooks performed by female singers - Chill sounds better on regular verses; however on the other hand the cuckoo-clock sounds on "Crazy Bytch" are awesome. All in all, if you feel that the contemporary northern California music is too lively, futuristic and you generally are more into 90's recordings, then look for this project immediately. You can purchase it on Chill's bandcamp page or via his MySpace page.

Chill, thank you for providing the album for the review.

Polish review

Big Chill to chyba dzisiejszymi czasy najbardziej aktywny reprezentant Modesto w okręgu 209. Niestety obecnie niewielu artystów z tego miasta udziela się na scenie rapowej. Fakt, były takie osoby jak Twamp Nina, BG Evil, Pain czy nawet Unknown, ale ostatnio coś niewiele od nich słychać. Tymczasem Big Chill od kilku dobrych lat sukcesywnie nagrywa nowy materiał. Niestety nie wydaje go oficjalnie, tylko albo udostępnia za darmo do ściągnięcia z sieci, albo po prostu sprzedaje mp3. W ten sposób ukazały się takie projekty jak "Valleyfornia", "Duce O Nine", "2009", "Robot Chicken" czy "Valleys Most Wanted". Ponieważ nie interesują mnie cyfrowe płyty, to nie poświęciłem artyście dotąd większej uwagi. Co prawda pobrałem kiedyś bodajże solo "Valleyfornia", stwierdziłem, iż jest dobre i pomyślałem sobie, że zaopatrzę się w nie, jeśli Chill zainwestuje kiedyś w tłoczenie. Rok 2010 przynosi kolejne solo rapera zatytułowane "Chill Pill", które na szczęście (w końcu!) można dorwać także w postaci fizycznej.

Niniejszy album rozpoczyna rozmowa pacjenta z lekarzem. Petent się żali, iż nowoczesna muzyka źle na niego działa; ma od niej bóle brzucha i krwawienia z ucha. Na to dr Chill odpowiada, że były już takie przypadki, należy zażyć jego tabletkę, a przejdzie. Rzecz jasna chodzi o omawianą solówkę - to ona ma być lekiem na zło wyrządzane przez popularną dzisiaj odmianę rapu. I trzeba przyznać artyście, iż zapewnił świetną alternatywę do najróżniejszych nurtów hyphy nastawionych głównie na niskich lotów rozrywkę. Tutaj rzecz jasna też jest mnóstwo rozrywki, ale w zupełnie innym, raczej starym stylu. Nie chcę teraz popadać w tony, że kiedyś to powstawał dobry rap, nie to co teraz. Faktem natomiast jest, że starsi słuchacze, a zarazem fani lat 90. poczują się w obecności "Chill Pill" jak w rodzinnym domu po długiej nieobecności. Niby mamy rok 2010, a reprezentant Modesto nagrywa materiał, jakby wciąż był 1995. Muzyka tu zawarta nie ma żadnych elementów, po których można by sądzić, że wyszła w nowym tysiącleciu. Spodziewajcie się zatem klasycznych, tradycyjnych brzmień sprzed 15 lat, kiedy to na Zachodzie królował g-funk ze swymi pozytywnymi, melodyjnymi wibracjami. Za całą produkcję odpowiada tutaj sam Big Chill i należy przyznać, że odwalił kawał dobrej roboty - jest ona naprawdę miła dla ucha i paradoksalnie stanowi solidny powiew świeżości. Chociaż z drugiej strony niektóre utwory mogłyby mieć trochę jednak bardziej bogate udźwiękowienie, odnoszę czasami wrażenie, iż raper sam sobie krępował ręce. Przykładowo "Calling Me" albo "Take A Look" odznaczają się naprawdę wspaniałą, głośną i urozmaiconą muzyką; szkoda że nie wszystkie utwory. Jednakże nie odbierajcie mnie źle, mimo że produkcja nie jest wzorowa, to na pewno ma sporo do zaoferowania, a ponadto cechuje ją klimat, a przecież o to chodzi. Nie uświadczycie tutaj skleconych w parę minut brzdęków z syntezatora, tylko przyjemne, wkręcające melodie. Choć znając życie, najpewniej nie zostaną one docenione przez wzrastające pokolenie, wychowane na trochę innych podkładach.

Jeśli chodzi o wokalne umiejętności Big Chilla, to należy przyznać, że radzi on sobie co najmniej dobrze. Z reguły utrzymuje powolne lub średnie tempo i bez okazywania większych emocji, spokojnie i płynnie podąża za bitem, zostawiając po sobie wyważone, porządne zwrotki. Ze 3 razy usłyszycie szybsze tempa - "Wiggle", "West Coast Retro" i "Murderers Row" - wtedy też artysta brzmi podobnie do E-40 sprzed lat. Jednakże głównie towarzyszą nam laidbackowe melodie, do których usłyszycie sporo tekstów o kobietach i problemach wynikających z kontaktów z nimi. "Crazy Bytch", "I Wont Do It" i "Calling Me" to różne spojrzenia na romanse - raz to jakaś pieprznięta laska podrywa Chilla, innym razem on nie chce się wpraszać na trzeciego w jakiś związek, albo jeszcze non stop wydzwania do pewnej kobiety, która cały czas go olewa. Ponadto trafił się melancholijny kawałek o marzeniach ("Imagination"), co nieco o życiu ("Take A Look", "Ohh Chill"), ale nie zabrakło również imprezowej dawki. Nie mylcie tego jednak z klubowymi hiciorami z telewizji, gdyż takim piosenkom jak "It Iz Chill" czy "House Party" znacznie bliżej do oldschoolowego "Hot Sunny Day" w wykonaniu Celly Cela. Szkoda tylko że Big Chill nie pokusił się o trochę lepsze rymy. Naprawdę z rzadka pojawia się jakaś ciekawa gra słów, albo zapadająca w pamięć puenta. Na pewno dodałyby one uroku zwrotkom rapera, wprowadziłyby pewne urozmaicenia. Znakomicie prezentują się refreny wykonywane przez kobiety - Chill lepiej wypada w zwrotkach; choć z drugiej strony kukułka w "Crazy Bytch" to rewelacja. Podsumowując, jeśli uważacie, że obecna muzyka na scenie północnej Kalifornii jest za skoczna, nowoczesna i ogólnie zawsze kręciły was klimaty z lat 90., to sięgajcie po tę pozycję natychmiast. Najlepiej zakupić ją na stronie bandcamp albo poprzez MySpace artysty.

Chill, dzięki za udostępnienie albumu do recenzji.


Written by: khamenei
Name:
Comment:
Comments (1):
By Flush2 on 07 June 2010
Też kiedyś pobrałem jakieś 2 projekty własnie chyba z waszej strony w dzialen news były linki i naprawde były dobre. A tak w ogóle jeśli dobrze pamiętam to jego głos brzmi jak B Peezy bardziej. Pjona za recenzje!

Made by KhameNei & LethaFace
All rights reserved. Nothing may be used without our permission.